Krystalizująca się w Waszyngtonie koncepcja powołania tak zwanej "Rady Pokoju", która z ramienia nowej administracji amerykańskiej miałaby doprowadzić do zakończenia konfliktu zbrojnego na Ukrainie, wywołuje w Warszawie reakcje pełne dyplomatycznej wstrzemięźliwości. Otoczenie prezydenta Andrzeja Dudy, które przez ostatnie lata budowało kapitał polityczny na dobrych relacjach z Donaldem Trumpem, w obliczu konkretnych scenariuszy geopolitycznych przyjmuje postawę wyczekującą. Z wypowiedzi płynących z Biura Polityki Międzynarodowej wynika, że Polska nie zamierza składać żadnych wiążących deklaracji poparcia dla tego formatu, dopóki zza oceanu nie napłyną szczegółowe wytyczne oraz opinie, które pozwoliłyby ocenić, czy amerykańska propozycja nie narusza fundamentalnych interesów bezpieczeństwa Rzeczypospolitej oraz suwerenności Kijowa.
Sygnały dochodzące z Pałacu Prezydenckiego, w tym wypowiedzi prezydenckich ministrów, wskazują na przyjęcie taktyki "aktywnej obserwacji". Warszawa zdaje sobie sprawę, że inicjatywa Donalda Trumpa, oparta na jego charakterystycznym, transakcyjnym podejściu do polityki zagranicznej, może wiązać się z presją na szybkie zamrożenie konfliktu, co niekoniecznie musi pokrywać się z polską racją stanu, zakładającą trwałe odsunięcie rosyjskiego zagrożenia od wschodniej flanki NATO. Deklaracja o "oczekiwaniu na opinie ze Stanów Zjednoczonych" jest w języku dyplomacji sygnałem, że Polska domaga się transparentności i podmiotowego traktowania w ewentualnym procesie negocjacyjnym. Jest to próba uniknięcia scenariusza, w którym decyzje o przyszłości regionu Europy Środkowo-Wschodniej zapadałyby ponad głowami państw frontowych, w wąskim gronie mocarstw.
Koncepcja Rady Pokoju, choć na razie mglista w swoich założeniach operacyjnych, budzi uzasadnione obawy o marginalizację roli Unii Europejskiej i NATO jako instytucji. Skupienie procesu decyzyjnego w rękach wąskiego grona doradców i negocjatorów wyznaczonych przez Waszyngton może prowadzić do stworzenia alternatywnego kanału dyplomatycznego, w którym głos Warszawy będzie słyszalny tylko o tyle, o ile prezydent Duda wykorzysta swoje osobiste relacje z nowym gospodarzem Białego Domu. Polscy urzędnicy zdają się rozumieć to ryzyko, dlatego wstrzymują się z entuzjazmem, sondując, na ile propozycja ta jest realnym planem politycznym, a na ile elementem retoryki obliczonej na użytek wewnętrznej polityki amerykańskiej.
Dla polskiej dyplomacji prezydenckiej nadchodzące tygodnie będą testem skuteczności wieloletniej strategii inwestowania w relacje z obozem republikańskim. Z jednej strony Polska nie może pozwolić sobie na otwarty sprzeciw wobec inicjatywy najważniejszego sojusznika, z drugiej – nie może zaakceptować rozwiązań, które sankcjonowałyby rosyjskie zdobycze terytorialne lub stwarzałyby ryzyko powtórzenia agresji w przyszłości. Oczekiwanie na "opinie z USA" jest więc grą na czas, mającą na celu wypracowanie wspólnego stanowiska z innymi partnerami w regionie oraz, co kluczowe, z samym Kijowem. W tej skomplikowanej układance Warszawa stara się pozycjonować jako "głos rozsądku" i adwokat sprawy ukraińskiej, jednocześnie nie paląc mostów z administracją, która wkrótce przejmie stery w największym mocarstwie militarnym świata.






