Polska scena polityczna, przyzwyczajona do permanentnego wrzenia, w ostatnich godzinach przekroczyła kolejną granicę w wojnie polsko-polskiej, tym razem przenosząc wewnętrzny konflikt na niebezpieczne wody dyplomacji międzynarodowej. Echa kontrowersyjnej wypowiedzi Donalda Trumpa, który zasugerował, że Polska musi "wstać z kolan" w relacjach z Brukselą, nie zdążyły jeszcze wybrzmieć, a już zostały zagłuszone przez polityczną kanonadę w Warszawie. Osią sporu stała się reakcja prezydenta Karola Nawrockiego, który zamiast bronić dobrego imienia państwa przed protekcjonalnym tonem sojusznika, zdaje się wpisywać w narrację Waszyngtonu, wymierzoną w rząd Donalda Tuska. To właśnie ta postawa głowy państwa wywołała furię w szeregach koalicji rządzącej i sprowokowała ostre komentarze, z których najgłośniej wybrzmiewa ten o zamianie klęcznika brukselskiego na waszyngtoński.
Sytuacja jest bezprecedensowa w najnowszej historii polskiej dyplomacji. Zazwyczaj w obliczu krytyki płynącej z zagranicy, nawet skłócone ośrodki władzy w Warszawie starały się zachować pozory jedności lub przynajmniej powściągliwości. Tym razem jednak prezydent Nawrocki, komentując słowa amerykańskiego przywódcy, de facto przyznał mu rację, uderzając w politykę zagraniczną rządu. Dla polityków Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drogi i Lewicy jest to zachowanie niedopuszczalne, graniczące z sabotowaniem racji stanu. W kuluarach sejmowych i studiach telewizyjnych dominuje narracja o "wasalizacji" prezydentury. Krytycy wskazują, że akceptowanie upokarzającej retoryki Trumpa przez polską głowę państwa jest dowodem słabości, a nie siły. Zdanie, które cytuje portal TVN24 – "Na kolanach to pan niczego dla Polski nie załatwi, panie prezydencie" – staje się symbolem tego sporu. Adresowane do Nawrockiego, ma obnażać paradoks jego polityki: walkę o suwerenność wobec Unii Europejskiej przy jednoczesnej pełnej uległości wobec kaprysów Białego Domu.
Rządzący argumentują, że Donald Trump, chwaląc Polskę jako "wspaniały naród", jednocześnie traktuje ją instrumentalnie w swojej rozgrywce z Unią Europejską, a prezydent Nawrocki stał się w tej grze wygodnym narzędziem. Wypowiedzi polityków koalicji są bezlitosne: wskazują, że "wstawanie z kolan" w wykonaniu obozu prezydenckiego polega jedynie na zmianie kierunku ukłonu. Ostrzegają, że taka postawa zachęca administrację amerykańską do dalszego lekceważenia polskiego rządu i rozgrywania Warszawy przeciwko partnerom z Berlina czy Paryża. Jest to scenariusz koszmaru dyplomatycznego, w którym Polska, zamiast być zwornikiem relacji transatlantyckich, staje się klinem wbijanym w jedność Zachodu.
Zupełnie inaczej rzeczywistość interpretuje otoczenie Pałacu Prezydenckiego oraz politycy Prawa i Sprawiedliwości. Dla nich oburzenie rządu jest jedynie zasłoną dymną, mającą ukryć niewygodną prawdę zawartą w słowach Trumpa. W ich optyce, prezydent Nawrocki wykazuje się realizmem politycznym, dostrzegając, że w nowym rozdaniu geopolitycznym, jakie przyniosła prezydentura Trumpa, liczą się tylko twarde relacje dwustronne i asertywność, a nie "płynięcie w głównym nurcie europejskim". Obrońcy prezydenta twierdzą, że rząd Tuska, uwikłany w unijne kompromisy, rzeczywiście utracił podmiotowość, a Trump po prostu nazwał rzeczy po imieniu. W tej narracji to nie Nawrocki klęczy przed USA, ale rząd klęczy przed Brukselą, a prezydent jedynie próbuje przywrócić pion polskiej polityce zagranicznej, opierając ją na najpotężniejszym militarnie sojuszniku.
Niestety, ten gorszący spektakl ma jednego, głównego przegranego: Rzeczpospolitą. W momencie, gdy za wschodnią granicą wciąż tli się konflikt, a architektura bezpieczeństwa Europy jest przebudowywana, Warszawa wysyła w świat sygnał o głębokim paraliżu decyzyjnym i kakofonii. Partnerzy zagraniczni – zarówno w Waszyngtonie, jak i w stolicach europejskich – otrzymują jasny komunikat: z Polską trudno się umawiać, bo ustalenia z rządem może podważyć prezydent, a słowa prezydenta może zdezawuować rząd. Spór o to, kto przed kim klęczy, paradoksalnie sprawia, że na kolana upada powaga państwa polskiego, które zamiast prowadzić podmiotową grę, staje się przedmiotem drwin i cynicznych rozgrywek mocarstw. Wzajemne oskarżenia o zdradę interesów narodowych nie budują siły negocjacyjnej ani u Tuska, ani u Nawrockiego – cementują jedynie obraz Polski jako państwa niezdolnego do zdefiniowania własnego interesu ponad partyjną plemienną wojną.






