Kolejny briefing w rosyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych przyniósł kolejną odsłonę dyplomatycznego spektaklu, w którym Polska obsadzona jest w roli głównego czarnego charakteru. Maria Zacharowa, twarz kremlowskiej propagandy, po raz kolejny skierowała wzrok na Warszawę, formułując komunikaty, które w języku dyplomacji eufemistycznie nazywa się „wyrażeniem nadziei”, a które w istocie stanowią zawoalowane żądania i próbę ingerencji w suwerenną politykę historyczną sąsiada. Doniesienia Polsat News o „zadaniach” stawianych Polsce przez Moskwę to dowód na to, że w relacjach na linii Wschód-Zachód historia wciąż jest traktowana nie jako nauka o przeszłości, lecz jako oręż w bieżącej walce politycznej.
Wystąpienie rzeczniczki rosyjskiego resortu dyplomacji koncentrowało się na newralgicznym temacie miejsc pamięci żołnierzy radzieckich. Zacharowa, używając charakterystycznej dla siebie ostrości sformułowań, zaapelowała do polskich władz o powstrzymanie procesu dekomunizacji przestrzeni publicznej. W narracji Kremla usuwanie pomników symbolizujących dominację ZSRR nad Polską jest równoznaczne z „wojną z pamięcią” i bezczeszczeniem ofiary żołnierzy Armii Czerwonej. Jest to celowy zabieg manipulacyjny, który Moskwa stosuje od lat z żelazną konsekwencją. Ignoruje przy tym fundamentalne rozróżnienie, jakie stosuje państwo polskie: cmentarze wojenne, jako miejsca spoczynku, otoczone są opieką i szacunkiem, podczas gdy obeliski będące symbolami totalitarnej władzy są systematycznie demontowane. Dla Zacharowej ta prawna i moralna granica nie istnieje – w jej przekazie każdy usunięty sierp i młot to akt barbarzyństwa.
Słowa o tym, że Rosja „ma nadzieję na powrót Warszawy do konstruktywnego dialogu” i „zrozumienie swoich błędów”, brzmią w obecnej sytuacji geopolitycznej jak ponury żart. Jest to klasyczny przykład dyplomatycznej nowomowy, w której agresor stawia się w roli ofiary, a państwo broniące swojej tożsamości oskarża o eskalację napięcia. Moskwa doskonale zdaje sobie sprawę, że Polska nie zmieni swojego kursu w sprawie dekomunizacji ani nie wycofa się ze wsparcia dla Ukrainy. Dlatego też eksperci są zgodni, że prawdziwym adresatem tych słów nie jest polskie MSZ przy alei Szucha, lecz rosyjski telewidz.
Kreml potrzebuje paliwa do podtrzymywania syndromu oblężonej twierdzy. Obraz Polski jako „niewdzięcznego sąsiada”, który depcze pamięć „wyzwolicieli”, jest niezbędnym elementem wewnętrznej propagandy, spajającym rosyjskie społeczeństwo wokół władzy. Zacharowa, atakując Polskę, odwraca uwagę od problemów gospodarczych i militarnych własnego kraju, kanalizując frustrację obywateli na zewnętrznego wroga. To cyniczna gra na emocjach, w której fakty historyczne – takie jak pakt Ribbentrop-Mołotow czy 17 września – są wymazywane, a eksponowana jest jedynie narracja o roku 1945.
Piątkowe wystąpienie to sygnał, że na wschodniej granicy dyplomatyczna odwilż nie jest przewidywana. Polska i Rosja funkcjonują w dwóch różnych rzeczywistościach aksjologicznych, a dialog o historii w wykonaniu Marii Zacharowej nie służy pojednaniu, lecz jest kolejnym elementem wojny hybrydowej. Warszawa, uodporniona na tego typu retorykę, przyjmuje te słowa ze spokojem, wiedząc, że suwerenność oznacza również prawo do samodzielnego decydowania o tym, jakie pomniki stoją na naszych placach.






