Zimowa przerwa miała być dla mistrza Polski czasem na przegrupowanie sił, wylizanie ran i naładowanie akumulatorów przed decydującą walką o obronę korony. Rzeczywistość, która nadeszła wraz z pierwszym gwizdkiem rundy wiosennej, okazała się jednak brutalna. Zamiast nowego otwarcia, kibice zgromadzeni na stadionie i przed telewizorami byli świadkami spektakularnej katastrofy. Tytułowy "blamaż", o którym rozpisuje się Sport.pl, to nie tylko przegrana, ale styl, w jakim obrońcy tytułu dali się zdominować. A architektem tej klęski okazał się zawodnik, dla którego ten mecz był powrotem na ligowe boiska po rocznej tułaczce zagranicznej.
Scenariusz tego spotkania nadawałby się na film. Z jednej strony faworyt, który teoretycznie powinien dyktować warunki, z drugiej – drużyna skazywana na pożarcie, wzmocniona "synem marnotrawnym", który wrócił do Ekstraklasy, by odbudować formę. "Ależ powrót" to mało powiedziane. Piłkarz, który ostatnie 12 miesięcy spędził na peryferiach poważnej piłki lub ławce rezerwowych w lidze zagranicznej, wszedł w mecz z energią, jakiej brakowało całej jedenastce mistrza. Jego bramki (lub asysty) obnażyły każdą słabość defensywy rywala, ośmieszając stoperów i nie dając szans bramkarzowi. To był występ typu "one-man show", który udowodnił, że Ekstraklasa bywa ligą nieoczywistą, gdzie nazwisko i determinacja wciąż znaczą więcej niż taktyczne schematy kreślone w przerwie zimowej.
Dla mistrza Polski ten wynik jest trzęsieniem ziemi. "Kolejny blamaż" sugeruje, że jesienne problemy nie były wypadkiem przy pracy, ale symptomem głębszego kryzysu, którego sztab szkoleniowy nie potrafił zażegnać podczas zgrupowania w Turcji czy Hiszpanii.
Strata punktów w takim stylu na samym starcie wiosny to cios psychologiczny. Zamiast uciekać rywalom, mistrz wysyła sygnał: "jesteśmy do ugryzienia". Defensywa, która miała być monolitem, przypominała szwajcarski ser, a liderzy drużyny wyglądali na ociężałych i pozbawionych pomysłu na grę.
W kontekście tabeli, ten mecz wywraca stolik. Grupa pościgowa (w tym Legia czy Lech) zaciera ręce, widząc, że obrońca tytułu potyka się o własne nogi już na pierwszym płotku. Bohater wieczoru, który po roku nieobecności przywitał się z ligą w królewskim stylu, staje się z miejsca kandydatem do miana transferu zimy, udowadniając, że w polskiej lidze "odgrzewane kotlety" potrafią smakować wybornie, jeśli są odpowiednio zmotywowane. Ekstraklasa wróciła w swoim najlepszym, nieprzewidywalnym wydaniu – gdzie faworyt płacze, a skreślani wracają na szczyt.





