Informacja podana przez portal Gazeta.pl wywołała falę oburzenia i niedowierzania. Kobieta, która została nieprawomocnie skazana za zabójstwo noworodka (co samo w sobie jest zbrodnią budzącą skrajne emocje społeczne), wyszła na wolność. Powodem nie jest jednak uniewinnienie, nagły zwrot w dowodach czy akt łaski, lecz – jak wynika z doniesień – błąd proceduralny i opieszałość wymiaru sprawiedliwości, które doprowadziły do wygaśnięcia podstaw do dalszego stosowania aresztu tymczasowego.
Sytuacja ta obnaża słabości polskiego systemu sądownictwa w zderzeniu z biurokracją i terminami. Zazwyczaj w sprawach o tak ciężkim kalibrze (zbrodnia zabójstwa), oskarżeni oczekują na uprawomocnienie się wyroku za kratami. W tym przypadku doszło do sytuacji, w której sąd nie zdążył lub nie dopełnił formalności związanych z przedłużeniem aresztu przed upływem jego maksymalnego terminu, lub sąd wyższej instancji uchylił areszt ze względu na przewlekłość postępowania. W świetle prawa, bez prawomocnego wyroku i bez ważnej decyzji o areszcie, oskarżona – mimo ciążących na niej zarzutów i nieprawomocnego wyroku skazującego – musi zostać zwolniona do domu.
Dla opinii publicznej jest to sytuacja niezrozumiała. Kobieta, której wina została już wstępnie potwierdzona przez sąd pierwszej instancji, przebywa na wolności, co rodzi obawy o poczucie sprawiedliwości oraz ewentualne utrudnianie dalszego postępowania (np. matactwo czy ucieczka, choć zazwyczaj stosuje się wtedy wolnościowe środki zapobiegawcze jak dozór policji).
Sprawa ta stawia trudne pytania o kondycję sądów: czy są one przeciążone, czy też zawinił czynnik ludzki (błąd sędziego/prokuratora)? Wypuszczenie osoby oskarżonej o tak drastyczny czyn z przyczyn formalnych jest wizerunkową katastrofą dla wymiaru sprawiedliwości i traumą dla osób zaangażowanych w sprawę, które liczyły na nieuchronność kary.






