To nie był mecz dla ludzi o słabych nerwach. Na inaugurację wiosennego grania w Gdyni obejrzeliśmy prawdziwy spektakl. Arka Gdynia, skazywana przez bukmacherów na pożarcie, dwukrotnie goniła wynik i ostatecznie wydarła punkt faworyzowanej Legii Warszawa. Remis 2:2 to wynik, który w Gdyni smakuje jak zwycięstwo, a w stolicy zostanie odebrany jako bolesna strata w walce o tytuł.
Mecz od początku toczony był w szybkim tempie, choć to Legia, zgodnie z przewidywaniami, przejęła inicjatywę w środku pola. Wojskowi chcieli szybko ustawić sobie spotkanie, i to im się udało – pierwsza bramka padła już w kwadransie otwarcia po koronkowej akcji skrzydłem. Wydawało się, że goście mają wszystko pod kontrolą, jednak Arka, niesiona dopingiem kompletu publiczności, odpowiedziała jeszcze przed przerwą. Stały fragment gry, zamieszanie w polu karnym i precyzyjny strzał głową dały wyrównanie 1:1, wlewając nadzieję w serca kibiców Żółto-Niebieskich.
Druga połowa to prawdziwa wymiana ciosów. Legia ponownie wyszła na prowadzenie, wykorzystując błąd indywidualny obrońców gospodarzy. Przy stanie 1:2 goście mieli kilka okazji, by "zamknąć mecz", ale razili nieskutecznością lub świetnie interweniował bramkarz Arki. Niewykorzystane sytuacje zemściły się w samej końcówce. Arka rzuciła wszystko na jedną szalę, a desperacki atak w doliczonym czasie gry przyniósł upragnionego gola na 2:2. Stadion w Gdyni eksplodował.
Ten remis to sygnał, że Arka na własnym terenie będzie groźna dla każdego. Dla Legii to "zimny prysznic" – strata dwóch punktów z teoretycznie słabszym rywalem może być kosztowna w końcowym rozrachunku tabeli Ekstraklasy.





