Głosy domagające się docenienia zagranicznej polityki Donalda Trumpa wracają ze zdwojoną siłą w 2026 roku, w obliczu niestabilnej sytuacji na świecie. Czeski ekspert, na którego powołują się media, twierdzi wprost: pominięcie Trumpa przy rozdawaniu prestiżowych wyróżnień było decyzją czysto polityczną, a nie merytoryczną.
"Porozumienia Abrahamowe to był historyczny przełom"
Głównym argumentem za przyznaniem Nobla są Porozumienia Abrahamowe – seria traktatów normalizujących stosunki między Izraelem a państwami arabskimi (m.in. Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem). Ekspert podkreśla, że było to wydarzenie bez precedensu, które realnie zmieniło architekturę bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.
– Gdybym to ja decydował, dałbym mu Nobla już w pierwszej kadencji – twierdzi rozmówca Deutsche Welle. Zauważa on, że podczas gdy Barack Obama otrzymał nagrodę "na kredyt" (za same intencje), Trump dowiózł konkretne rezultaty, które przez dekady wydawały się niemożliwe dla zawodowych dyplomatów.
Prezydent, który nie wywołał wojny
Czeski analityk zwraca uwagę na jeszcze jeden fakt, często pomijany przez krytyków republikańskiego prezydenta. Trump był pierwszym od dekad przywódcą USA, który podczas swojej pierwszej kadencji nie wciągnął Stanów Zjednoczonych w żaden nowy konflikt zbrojny. Zamiast interwencjonizmu, stawiał na twarde negocjacje i odstraszanie.
Zdaniem eksperta, niechęć Komitetu Noblowskiego do Trumpa wynikała z różnic ideologicznych i stylu bycia prezydenta, a nie z braku osiągnięć. – Komitet wolał nagradzać bezpiecznych kandydatów lub organizacje, zamiast docenić kogoś, kto realnie gasił pożary, ale nie pasował do salonów – sugeruje politolog.
Głos rozsądku z Europy Środkowej?
Opinia czeskiego eksperta wpisuje się w szerszy trend w Europie Środkowej, gdzie ocena prezydentury Trumpa jest często bardziej pragmatyczna niż na Zachodzie. W regionie, który bezpośrednio odczuwa skutki wojny na Wschodzie, "pokój przez siłę" (doktryna Trumpa) jest postrzegany jako skuteczniejsza gwarancja bezpieczeństwa niż idealistyczne deklaracje.
Wypowiedź ta, cytowana szeroko przez Onet i DW, na nowo otwiera debatę o upolitycznieniu Pokojowej Nagrody Nobla i kryteriach, jakimi kierują się jurorzy z Oslo.






