System ETS, który w założeniu miał być rynkowym mechanizmem motywującym do zielonej transformacji, od dłuższego czasu budzi nad Wisłą ogromne kontrowersje. W lutym 2026 roku, gdy polska gospodarka wciąż odczuwa skutki zawirowań na rynkach surowców, a portfele obywateli są obciążone wysokimi rachunkami za prąd i ciepło, rząd mówi "dość" i kładzie na unijnym stole konkretne postulaty.
Dlaczego ETS uderza w polski portfel?
Aby zrozumieć skalę problemu, trzeba spojrzeć na specyfikę polskiego miksu energetycznego. Choć transformacja przyspiesza (m.in. dzięki inwestycjom w farmy wiatrowe na Bałtyku i fotowoltaikę), wciąż znaczna część naszej energii pochodzi z węgla i gazu. Zgodnie z unijnymi przepisami, każda tona wyemitowanego CO2 wymaga zakupu specjalnego uprawnienia, którego cena doliczana jest bezpośrednio do kosztów produkcji prądu.
Według analityków cytowanych przez Energetyka24.com, koszty uprawnień do emisji stanowią dziś potężną składową ostatecznego rachunku za prąd, który trafia do polskich domów i przedsiębiorstw. Wysokie i niezwykle zmienne ceny na tym rynku uderzają w konkurencyjność naszego przemysłu, na co rząd nie może dłużej przymykać oka.
Czego domaga się Warszawa?
Polska delegacja nie jedzie do Brukseli z pustymi rękami. Złożone propozycje zmian uderzają w same fundamenty funkcjonowania giełdy uprawnień:
Ukrócenie spekulacji finansowej: Polska chce wyrzucić z rynku ETS instytucje finansowe (np. fundusze inwestycyjne), które traktują uprawnienia do emisji jak zwykłe akcje do pomnażania zysków. Zdaniem rządu, dostęp do rynku powinny mieć wyłącznie podmioty fizycznie emitujące CO2 (np. elektrownie, cementownie).
Mechanizm hamulca cenowego: Wprowadzenie twardego limitu cenowego lub automatycznego mechanizmu uwalniania dodatkowych darmowych uprawnień z rezerwy rynkowej w momencie, gdy ceny biją kolejne rekordy.
Sprawiedliwszy podział środków: Zwiększenie puli funduszy z handlu emisjami, które trafiają bezpośrednio do budżetów krajowych na celową modernizację sieci i wsparcie dla odbiorców końcowych.
Starcie z "zielonym blokiem"
Droga do przeforsowania tych zmian będzie jednak wyboista. Energetyka24.com zauważa, że polskie propozycje spotykają się z chłodnym przyjęciem ze strony państw nordyckich oraz zachodniej Europy, które traktują wysokie ceny CO2 jako najlepszy bat na trucicieli. Z drugiej strony, Warszawa buduje koalicję państw Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej, które borykają się z podobnymi problemami gospodarczymi.
Dla Polski gra toczy się o gigantyczną stawkę – od wyników tych negocjacji zależeć będzie, czy w nadchodzących latach ceny energii w naszym kraju wreszcie spadną, czy też będziemy skazani na kolejne programy osłonowe ratujące budżety domowe.






